W tym roku prawie nie bywam w mieście świrów i zombiaków, jak ostatnio się nazywa moje rodzinne miasto na prowincji. Ze smutkiem przyznaję im rację. Na szczęście nie wszyscy...
A na panoramkach ludzi nie widać, to jest jak dawniej.
W tym roku prawie nie bywam w mieście świrów i zombiaków, jak ostatnio się nazywa moje rodzinne miasto na prowincji. Ze smutkiem przyznaję im rację. Na szczęście nie wszyscy...
A na panoramkach ludzi nie widać, to jest jak dawniej.
W takiej formie, czyli sprzed remontu. Robione mikserem do warzyw, ale z nadmiaru klamotów i przebijając się na wschodnie rubieże Mazowsza z Kluską po prostu nie zabrałam aparatu. ;)
Odwiedzając moją mamę tym razem dzięki nieco innej trasie dojazdu trafiliśmy na tajemnicze, czarne auto. Początkowo myśleliśmy, że to stara Warszawa a tu... Wołga! Pamiętacie straszne historie o czarnej Wołdze i porywaniu dzieci? Jak opowiedzieliśmy Klusce, to się zaczęła serio bać. ;)