Zbudowany w połowie XIX wieku jako jedno z umocnień Cytadeli Warszawskiej i rozbudowany kilkanaście lat później. Początkowo była tu tylko ceglana działobitnia, dopiero później pojawiły się ceglano-ziemne umocnienia. Fort jest otoczony suchą fosą, na której stoku można odnaleźć późniejszy Tobruk. Całość zamykają kaponiery, niestety ostatnio je zakratowano, więc można tylko zaglądać przez okna. Jak się ma dobre oko, na wałach wypatrzy się rzadkie drzewo klon - jawor.
Dziś mieści się tu siedziba klubu sportowego, są też korty tenisowe (na których zresztą kiedyś prowadzona była szkółka tenisowa, do której chodziłam na początku liceum) oraz różne biura i biurka, do których nie chodziłam.
Wejście bezproblemowe przez klub, nikt nie goni, można za dnia zwiedzać do woli.
Wszystkie fotki w albumie
militaria.
Luneta to fort o narysie bastionowym. Fort Aleksieja stał się lunetą, gdy baszta artyleryjska została otoczona wałami.
OdpowiedzUsuńTrochę źle zasugerowałam się tekstem źródłowym, poprawię.
OdpowiedzUsuńŁoj, wieki temu nie byłem tam...
OdpowiedzUsuńgłęboko w poprzednim milenium zwiedzaliśmy te kazamaty z kolegami. mieliśmy wielki zapał do zwiedzania fortów, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że Warszawa jest otoczona ich pierścieniem (nie było ich wtedy na planach, tajne!). skończyło się tak, że kumpel wyrzucił ma Bonifraterskiej skarpetki...
OdpowiedzUsuńA w czym mu przeszkadzały skarpetki?
OdpowiedzUsuńMoja kochana Cytadela. Lubie bardzo czerwoną cegłę. Fajna i ucząca opowieść. Dziękuje. Vojtek
OdpowiedzUsuńNie wiedziałem, że w fortach przyjmowano interesantów.
OdpowiedzUsuńNajwyraźniej wszędzie można było ubić jakiś interes :)
OdpowiedzUsuńW pierwszej połowie lat 90 w liceum mieliśmy tu na tym boisku W-F. Oczywiście piłka kopana i te sprawy. Rzecz jasna, parę razy się stawiłem, a potem machnąłem ręką. Nie cierpię sportów drużynowych. Teraz natomiast z dużą przyjemnością wracam w te rejony, odkrywam to miejsce na nowo.
OdpowiedzUsuńO, też nie pałałam miłością. Jeśli chodzi o sporty w ogóle, preferuję rzeczy wykonywane pojedynczo, w ostateczności gdy jestem oddzielona od przeciwnika siatką (tenis wpisywał się w trend znakomicie).
OdpowiedzUsuńDlatego byłem wielbicielem, wręcz maniakiem, ale tenisa stołowego :)) Niestety od dawna nie miałem okazji, by pograć.
OdpowiedzUsuńZ tenisa stołowego wychodził mi tylko serwis. Poza tym nigdy nie udało mi się trafić piłką w stół. O ile w ogóle trafiałam w piłkę. ;)
OdpowiedzUsuńNie wiem, czy i ja nie miał być dzisiaj podobnego problemu ;)
OdpowiedzUsuńOstatni raz grałem w pingla pod ziemia. Parę lat temu, w kopalni w Bochni :) serio!
OdpowiedzUsuńWow, zazdroszczę. Nawet nie pingla, ale kopalni bardzo. BTW polecam kopalnię Julia w Wałbrzychu, co ją z Tomim lata temu trochę mierzyliśmy. Teraz tam jest centrum nauki i sztuki, w sam raz dla Ciebie, naszego lokalnego znawcę i wielbiciela Wielkiej Sztuki. ;)
OdpowiedzUsuńZnawcy, nie ten przypadek.
OdpowiedzUsuńNiezłe miejsce do gry :-)
OdpowiedzUsuńJak się odważę jeszcze kiedyś pojechać do Wałbrzycha. Poprzednia wizyta załamała mnie całkowicie.
OdpowiedzUsuńPoruszanie się po Wałbrzychu nie jest łatwe, nawet gdy ma się rower (te ciągle schody, schodki i podjazdy, pomijając już nawet różnorakie wrażenia estetyczne, bo do tego przywykłam mieszkając w Polsce). Łaziłam kiedyś cały dzień z Tomim w butach do łażenia po górach i naprawdę czułam się jak po dniu spędzonym w górach. I brakowało mi kijów do trekkingu, a przynajmniej dobrego kostura. ;)
OdpowiedzUsuńCałkiem niedawno zajęłam w pingla 2 miejsce:) w turnieju amatorów oczywiście, ale za to po wieloletniej przerwie w graniu, bez treningu;) pojechałabym do Wałbrzycha, byłam wieki temu, w dzieciństwie, prawie nic nie pamiętam...
OdpowiedzUsuń